S.K.O. jarzeniówka Tyle słów tłoczy się na skraju myśli Tyle obrazów pcha się na zamknięte powieki Która spadnie? Ta co zwykle? Nie tym razem. Nie tym razem. Przyspieszona rozmytość wciąga W nierzeczywisty dance macabre Spinning świadomości Skręca samość siebie Rozbiegany, wyświechtany jak biblijne frazesy, słodziutki jak puchatkowy miodek, który wpierdalam co rano, którym zapycham oczy i przerwę między zębami. Pozbierałem kiedyś swoje życie. Poskładałem najdrobniejsze chwlie, porozrzucane po czasie. Do kupy. I ujrzałem: gówno. Zabij mnie. Zabij mnie, błagam Cię! Gdzieś przecież jesteś. Podpisz mój wyrok, tak jak tylko Ty potrafisz. Podpisz go czystą miłością. Każdy ma swoją śmierć. Każda śmierć ma kogoś. Obieg zamknięty. Wniebowzięty. And now I wait my whole lifetime… Na kojące światełko, Na dnie tunelu znalazłem bezlistną koniczynę. Znak? A jak znajdę cztery takie? Cztery znaki? Nie, to już krzaki. Krew nie woda, synu. Krew nie woda. Ostatnie i pierwsze słowa boga. Sens życia? gówno! sens bezsensu sensbezsensu s e n s b e z s e n s u sens bez sensu ? To cztery bezlistne koniczyny Cztery puste miejsca Cztery litery Cztery litry . . . . wpisz się.